AKTUALNOŚCI
14lipiec

Rodzina z młyna

Obaj przez lata pchali sochaczewski młyn. Ojciec był zawodnikiem pierwszej drużyny. Wspólnie z nią wywalczył w 1975 roku awans do I ligi. Syn zaczynał w 1994 roku w zespole żaków. Z seniorami Orkana zagrał ponad 100 meczów. W roku jubileuszu 50-lecia rugby w naszym mieście Maciej Frankowski rozmawia z Mieczysławem i Łukaszem Syperek.

Panie Mieczysławie, jak rozpoczęła się pana przygoda z rugby?

Mieczysław: W rugby wciągnęli mnie bracia Pietrakowie. Z bliźniakami znałem się z podstawówki, łączyła mnie z nimi lekkoatletyka – oni biegali, ja pchałem kulą. Poza tym znaliśmy się z pracy w Energomontażu. Po dwóch latach służby w wojsku wróciłem do domu i podjąłem nową pracę w Rejonie Dróg Publicznych. Później, jak zbierali chłopaków do grania w rugby, przypomnieli sobie o mnie. Irek z Bogdanem nachodzili mnie w robocie i nieustępliwie namawiali do przyjścia na trening. Przyszedłem na początku 1972 roku. Zacząłem grać w rugby dosyć późno, bo w wieku 23 lat.

Podobno był pan jednym z najpotężniejszych zawodników z pierwszej drużyny.

Mieczysław: Miałem 188 cm wzrostu i ważyłem ponad 110 kilogramów. Trener Stefan Wydlarski wystawił mnie na pozycję nr 5. Wiązałem się w drugiej linii z Edwardem Grzelakiem. Mieliśmy wtedy chyba najcięższy młyn w historii sochaczewskiego rugby. Ośmiu zawodników ważyło łącznie 970 kg! Pamiętam, że zawsze grałem w koszulce z numerem 22, bo była największa w komplecie.

Ze strojami sportowymi było na początku krucho.

Mieczysław: Początkowo nie mieliśmy koszulek. Trenowaliśmy we własnych ciuchach. Graliśmy na bocznym boisku, gdzie przez większość roku zalegało błoto. Nie przeszkadzało mi to. Zawodnicy młyna raczej lubią, jak jest miękko na murawie. Za to żona narzekała, że nigdy nie może doprać strojów. Ile by nie prać tych koszulek, to i tak zawsze są sino-bure – mówiła. Chłopaki z miasta, którzy mieszkali blisko stadionu, mieli lepiej. Zdarzało mi się, że musiałem wracać brudny po treningu, około 22.00, ostatnim autobusem do Młodzieszyna. A jak się spóźniłem, to wsiadałem w następny PKS, który dojeżdżał tylko na Ruszki. Dalej dwa kilometry szedłem piechotą.

Najpierw w drużynie TKKF Energomontaż, a później w Orkanie Sochaczew grał pan niespełna cztery lata.

Mieczysław: Rozegrałem 41 meczów w II lidze i trzy spotkania po awansie do I ligi w sezonie 1975/76. Zdobyłem w sumie osiem punktów (dwa przyłożenia). Raz, jak się rozpędziłem, to w drodze na pole punktowe skasowałem dwóch rywali z Juvenii Kraków. Po meczu trener przeciwników powiedział, że nie ma do mnie żalu za przyłożenie, tylko za „uszkodzenie” jego zawodników. Później życie sprawiło, że musiałem porzucić sport i zająć się innymi sprawami. Miałem coraz więcej wyjazdów w pracy, obowiązków w domu, zobowiązań rodzinnych.

A pamięta pan mecz towarzyski Orkana z angielską drużyną RFC Burton w maju 1975 roku? Co było w nim takiego szczególnego?

Mieczysław: Oczywiście, że pamiętam, grałem w nim. Są zdjęcia z tego meczu, na jednym z nich uwieczniona została słynna szarża Wojtka Karlickiego. Ówczesny prezes klubu Henryk Tomaszewski rozprowadzał bilety na ten mecz w zakładach pracy. Przyszło mnóstwo ludzi. Śmiało mogę stwierdzić, że wydarzenie to było kamieniem milowym w historii sochaczewskiego rugby, które spopularyzowało i zmieniło sposób postrzegania tego sportu w naszym mieście. Otóż to właśnie wtedy rugbiści po raz pierwszy zostali wpuszczeni na główną płytę stadionu przy Warszawskiej. Wcześniej, przez trzy lata, wszystkie mecze rozgrywaliśmy na bocznym boisku, by nie zniszczyć murawy piłkarzom.

Łukasz, a jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z rugby?

Łukasz: Pamiętam jak pierwszy raz tata zabrał mnie na mecz. Był koniec lat 80. Mnóstwo ludzi zgromadzonych na stadionie, żywa sochaczewska Maracana zrobiła na mnie wtedy ogromne wrażenie. Mojego starszego brata Tomka rugby nigdy nie interesowało, mnie natomiast bardzo się spodobało.

A kiedy zacząłeś grać?

Łukasz: W szkole podstawowej. Miałem wtedy 11 lat. Siedziałem w jednej ławce z Michałem Polakowskim, z którym później przez wiele lat wiązałem się w pierwszej linii. Od początku grałem w młynie. Najlepiej czułem się na pozycji młynarza lub lewego filara. Ale wracając do początku… Chodziliśmy z Michałem do „jedynki” i mieliśmy w-f z Jarosławem Niedzielą, który wprowadzał elementy rugby na zajęciach. Wszedłem do domu i mówię rodzicom, że będzie rugby w szkole. Ich reakcje były zupełnie odmienne. Tata: „ooo fajnie!”; mama „ojej!”. (śmiech). Później już naturalną koleją rzeczy trafiłem do Orkana. Reprezentowałem sochaczewski klub począwszy od zespołu żaków przez wszystkie kategorie młodzieżowe, aż do drużyny seniorów.

Wasze pokolenie odnosiło sukcesy, dużo medali zdobyłeś?

Łukasz: Właściwie to nie. Zawsze zajmowaliśmy czwarte, piąte miejsce. Zdobyłem tylko jeden brązowy medal na mistrzostwach Polski do lat 17, które odbyły się w 2000 roku w Bytomiu. Miałem też powołania do młodzieżowych reprezentacji Polski. Najbardziej żałuję, że nie pojechałem na mistrzostwa świata juniorów do 17 lat, które rozegrano w Lyonie we Francji – na miesiąc przed turniejem połamałem nogę. Dobrze z kolei wspominam wyjazd z Orkanem do partnerskiego miasta Sochaczewa Melton Mowbray, gdzie graliśmy towarzysko z Anglikami, zdobywając cenne doświadczenie.

W drużynie seniorów Orkana zadebiutowałeś 13 maja 2001 roku jako osiemnastolatek i grałeś w Sochaczewie przez kilkanaście sezonów.

Łukasz: Wtedy wcześnie się zaczynało. Już jako juniorzy mieliśmy wspólne treningi z pierwszą drużyną, gdzie staraliśmy się dorównać starszym zawodnikom. W mojej karierze rugbowej było kilka przerw, łącznie z tymi spowodowanymi kontuzjami. Zagrałem w barwach Orkana dokładnie sto meczów w Ekstralidze i kilka w niższej klasie. Zdobyłem 20 punktów – cztery przyłożenia.

Rugbiści w młynie pełnią dość niewdzięczną rolę. Ich zadaniem jest walka i zabezpieczenie piłki, po to, aby przekazać ją kolegom z ataku. Rzadko zdobywają punkty.

Łukasz: Zawodnicy I linii pełnią specyficzną rolę w drużynie i muszą być specjalnie przygotowani na bardzo duże obciążenia. Należy wypracować dobrą „fizykę” oraz przede wszystkim kondycję. Nawet w rugby na światowym poziomie „obliczono”, że optymalna wytrzymałość zawodników na tych pozycjach to góra 60 minut. Tym bardziej szacunek dla wspomnianego już mojego rówieśnika „Miśka” Polakowskiego, który do dziś gra niekiedy bez zmiany pełne mecze.

Jak Waszym zdaniem, z perspektywy zawodników młyna, zmieniło się rugby w ostatnich latach?

Mieczysław: Bardzo się zmieniło. Za moich czasów nie było trzech komend sędziego przy wiązaniu młyna, tylko jedno „łup” i jak trafił – to dobrze, a jak nie trafił – to trudno. W głowie albo w karku coś strzelało. Poza tym możliwe były wtedy tylko dwie zmiany w meczu. Teraz można dokonać ich osiem, czyli tak naprawdę wymienić wszystkich zawodników tej formacji. Wówczas, jeśli nie złapało się kontuzji, to grało się do końca.

Łukasz: Gra zdecydowanie się ucywilizowała. Wprowadzono wiele nowych przepisów z myślą o bezpieczeństwie zawodników. Między innymi, już za moich czasów, pojawiły się te trzy wspomniane komendy: crouch, bind, set. Sędzia może też teraz gwizdać przewinienia za wchodzenie z boku do przegrupowania czy za deptanie rywali. To zdecydowanie inna gra niż jeszcze 10 lat temu, strach teraz kogoś uderzyć na murawie.

Często braliście udział w boiskowych bójkach, takich drużyna na drużynę?

Mieczysław: Zdarzało się nieraz. Kiedyś było bardziej „po męsku”. Teraz to co najwyżej chwilę się poszarpią i jest spokój. Wielokrotnie, jak szedłem do pracy, to miałem podbite oko. Kto nie wiedział, że gram w rugby, myślał, że w weekend uczestniczyłem w jakieś awanturze na zabawie. Zawsze najostrzej było z Poznaniem.

Łukasz: Nic w tym temacie się nie zmieniło. Przed wyjazdami do Poznania zawsze byliśmy przygotowani na prowokacje z ich strony. Praktycznie w każdym meczu z Posnanią była awantura i bójka drużyny na drużynę.

Czego życzyć Orkanowi na „50 urodziny rugby w Sochaczewie”?

Łukasz: Jeszcze przed wybuchem pandemii, półtora roku temu, gdy trenowałem z drużyną seniorów, widziałem jak wiele się zmieniło. Zespół zrobił ogromne postępy, bardzo się rozwinął, dawno nie było tak dobrej ekipy. Wiele poprzednich sezonów graliśmy na przetrwanie, a teraz chłopaki pokonali mistrzów Polski z Sopotu i wywalczyli brązowy medal, wygrywając z warszawską Skrą. Życzę sochaczewskiemu klubowi, aby dalej rozwijał się w takim tempie jak w ostatnich dwóch, trzech latach.

Mieczysław: Gratuluję chłopakom zdobycia medalu i życzę kolejnego w przyszłym sezonie.

Sponsorem strategicznym RC Orkan jest Miasto Sochaczew

Sponsorem generalnym jest PKN ORLEN oraz Gardenia Sport 

Sponsorzy główni: SochBud, Fast Service, Żywiec Zdrój, PatioColor, G-Shock, Zibi-Casio, Tamex-Obiekty Sportowe, PEC Sochaczew, ZWiK Sochaczew

Sponsorzy: Carrefour, Drukarnia Chrzczany, Centrum Handlowe Dobrzyńscy, BVG, Cukiernia Lukrecja, Dudmaister

Głównym partnerem medialnym RC Orkan są Radio Sochaczew oraz tusochaczew.pl