AKTUALNOŚCI
31październik

Z Orkanem na dobre i na złe

Grał nominalnie na pozycji łącznika ataku w reprezentacji Polski i sochaczewskim klubie. Barwy Orkana reprezentował przez ponad 20 sezonów, a przez osiem lat pełnił również rolę grającego trenera. W roku jubileuszu 50-lecia rugby w Sochaczewie z Bogdanem Wróblem rozmawia Maciej Frankowski.

Sport uprawiałeś od najmłodszych lat?

Mieszkałem na osiedlu, na tak zwanych Ogrodach. W tamtym czasie nie mieliśmy tylu atrakcji i możliwości spędzania wolnego czasu co dzieciaki dzisiaj. Po prostu wspólnie z grupą rówieśników kopaliśmy na podwórku. Zacząłem grać w piłkę nożną w wieku ośmiu lat w Klubie Cegiełka, mieszczącym się w budynku Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. Piłsudskiego. Do Orkana nie mogłem pójść, bo trzeba było mieć co najmniej 10 lat. Pierwszym moim trenerem był Andrzej Grzybowski. Na boisku „Osiemdziesiątki” rozgrywaliśmy turnieje drużyn osiedlowych.

To jak to się stało, że zacząłeś trenować rugby?

Można powiedzieć, że miałem kilka podejść. Chłopaki na osiedlu dzielili się na dwa obozy – na tych co grali w piłkę nożną i na tych co grali w rugby. Moimi serdecznymi kolegami w tamtym czasie byli Piotr Kobek i Artur Lewczuk. W 1988 roku w wieku 12 lat poszedłem z nimi i zagrałem w turnieju żaków i kadetów. Po zawodach Krzysztof Ciesielski rozdawał karteczki – zgody rodziców, a ci nie chcieli mi jej podpisać. Wróciłem do piłki nożnej. Po ponad roku poszedłem jeszcze raz, ale na trening. Krzysiek Ciesielski powiedział mi „ty syneczku już miałeś swoją szansę”… i mnie wygonił. Udało się za trzecim razem. Dostałem szansę wiosną 1991 roku.

Po dwóch miesiącach pojechałeś na pierwszy obóz do Świeradowa Zdroju. Przechodziłeś tak zwany chrzest?

Młody adept – kupa stresu. Chrzest na pierwszym obozie to taka tradycja, tak samo jak „oklep” przed pierwszym wyjazdem. Za moich czasów miał on dość rozbudową formę, trochę wręcz teatralną. Trzeba było wyuczyć się formułki i zaprezentować „program artystyczny”. Wszystko sprowadzało się i tak do tego, że dostawało się dechami po tyłku. Im lepiej wykonałeś zadanie, tym mniej bolało. Starsi zawodnicy przyjmowali w tym przedstawieniu określone role. Było konsorcjum, lekarze, woźni i kaci. Jednym z moich katów był Waldemar „Gonzo” Sieczka. Drobny, grał na dziewiątce, ale uderzyć potrafił. Nie dostałem dużo. Pięć dech. Przy trzecim razie deska się złamała. Była wymiana. Czułem ten chrzest do końca obozu.

Podobno byłeś wtedy razem w pokoju z Krzysztofem „Mudinem” Lewandowskim. Dużo masz zdjęć od niego?

Praktycznie wszystkie. Są dla mnie cenną pamiątką. Szkoda, że nie było wtedy technologii cyfrowej, bo Krzysiek z pewnością zrobiłby jeszcze więcej fotek. Gdy zaczynałem grać, był z aparatem na wszystkich meczach, turniejach mistrzowskich, wyjeżdżał też z drużynami na niektóre obozy. Mudin nigdy nie był zawodnikiem, ale ja miałem przyjemność zagrać z Krzyśkiem w jednym meczu. Było to pokazowe spotkanie drużyny Mazowsza w Kownie na Litwie. Mudin grał na środku ataku. Każdy kto go zna, to wie, jaki ma donośny głos. Jak krzyknął, to przeciwnik aż zgubił piłkę (śmiech!).

W każdym sezonie z drużynami młodzieżowymi Orkana zdobywałeś medale mistrzostw Polski.

Były wówczas dwie kategorie drużyn młodzieżowych: tak zwany junior młodszy (15-17 lat) i junior  (17-19 lat). W tej pierwszej grupie, czyli dzisiaj powiedzielibyśmy w kadetach, zdobyłem z Orkanem trzy srebrne medale. Na pierwsze mistrzostwa Polski pojechałem w 1991 roku do Bytomia. Grałem na skrzydle. Mieliśmy silną, doskonale przygotowaną ekipę. Pierwszy mecz z Lublinem wygraliśmy 40:0, po czym stawiali nas w roli faworyta. W finale, dość nieszczęśliwie, przegraliśmy z Ogniwem 7:0. Przyznaję, że po moim błędzie. Zawodnik z Sopotu kopnął piłkę w neutralne miejsce, między mnie a grającego na piętnastce Michała Kłaka. Nie dogadaliśmy się, nikt nie krzyknął moja, zderzyłem się z „Bulikiem”, piłki nie złapaliśmy, a Ogniwo ją przejęło i zdobyło jedyne w tym meczu przyłożenie. W kolejnym roku, mistrzostwa odbyły się w Sochaczewie i też przegraliśmy w meczu o złoto z Ogniwem, tym razem 18:0. W 1993 roku turniej mistrzostw Polski rozegrano w Słupcy. W finale przegraliśmy z Budowalnymi Łódź. Po dwóch karnych prowadziliśmy 6:0. Łodzianie w ostatniej akcji meczu zdobyli przyłożenie i je podwyższyli, i wygrali 7:6. W kategorii wiekowej 17-19 lat w 1993 i 1995 roku zdobyłem z Orkanem kolejne dwa srebra. Najbardziej jednak cieszyliśmy się z brązowego medalu w 1994 roku, bo mimo wszystko zdobyliśmy go po wygranym meczu, pokonaliśmy Czarnych Bytom.

Będąc w wieku 17-19 lat uczestniczyłeś w trzech turniejach Mistrzostw Świata Juniorów.

Miałem to szczęście, że jako jednemu z nielicznych zawodników Orkana (zrobił to jeszcze Maciej Brażuk 1994, 1995, 1996 – przyp. red.) udało mi się zagrać w trzech międzynarodowych turniejach, które były rozgrywane przed Wielkanocą – termin meczu finałowego zawsze przypadał w Wielką Sobotę. Dostałem powołanie od trenera Macieja Powały-Niedźwieckiego. Pojechałem na pierwszy obóz kadry do Spały. Przeszedłem tam z niezłym wynikiem testy siłowe i wytrzymałościowe. A musiałem pod tym względem dorównać o dwa latach ode mnie starszym zawodnikom. Wszedłem do 25-osobowej kadry. Pierwszy turniej, na który pojechałem w 1993 roku, odbył się we francuskim Lille. Dużo nie pograłem, byłem tam się uczyć. Świetne zawody zagrali wtedy starsi ode mnie zawodnicy z Sochaczewa – Michał Szulejewski i Marcin Kalota. Wygraliśmy pierwszy mecz z Hiszpanią, później przegraliśmy z Francją, a w małym finale ulegliśmy Włochom 55:15 i zajęliśmy czwarte miejsce. Wszedłem w tym meczu na boisko na ostatnie 20 minut. Graliśmy na głównym stadionie piłkarskim w Lille, liczącym 60 tys. miejsc. Robiło to ogromne wrażenie.

Wysokie, czwarte miejsce… nie udało się tego powtórzyć w kolejnych latach.

Kolejne mistrzostwa świata też były we Francji, tym razem w Lyonie. Co ciekawe, w turnieju zagrała reprezentacja RPA. Wcześniej, ze względu na sytuację w ich kraju drużyna rugby nie mogła wyjeżdżać na zawody zagraniczne aż do 1994 roku, kiedy nadszedł kres polityki apartheidu. Wszystkie zespoły liczyły po 25 zawodników, natomiast zespół z RPA przyjechał w ekipie 24-osobowej – było dwunastu białych i 12 czarnoskórych, bo musiała być zachowana równość. Zagraliśmy z nimi pierwszy mecz w turnieju. Przegraliśmy 48:11 i była to najniższa wygrana zespołu z Afryki na tych mistrzostwach. Wyżej pokonali Francję i w finale Włochy. Jak rozmawialiśmy później z zawodnikami z RPA, to mówili, że nie obawiali się tych ekip, tylko meczu z Polską, na który wystawili swój najsilniejszy skład, nie wiedząc czego się spodziewać, bo nigdzie nie mogli znaleźć taśmy z naszym meczem (śmiech). Ostatecznie wygraliśmy wtedy tylko z Rumunią i zajęliśmy siódme miejsce. Na kolejnym turnieju, w 1995 roku, rozgrywanym właśnie w Rumunii, już nam nie poszło. Zajęliśmy ostatnie 12. miejsce.

Wróćmy do Sochaczewa. Pamiętasz swoje początki w pierwszej drużynie Orkana?

W 1991 roku rozpadła się drużyna seniorów. Po serii porażek, kłopotach kadrowych, Orkan nie wyjechał na mecz do Gdańska. Zarząd klubu podjął decyzję o wycofaniu zespołu z rozgrywek ligowych. W następnym roku reaktywowano zespół. Zaczynaliśmy w II lidze praktycznie od zera. Miałem 16 lat. Pierwszy mecz w ekipie seniorów zagrałem jesienią 1992 przeciwko Pogoni Siedlce. Trzon nowej drużyny stanowili młodzi zawodnicy, ci którzy rok wcześniej grali na mistrzostwach Polski w Bytomiu. Wspierało nas kliku starszych doświadczonych graczy, m.in. Tomasz Grzywacz, Mirosław Foryszewski i oczywiście grający trener Krzysztof Ciesielski.

Przez pierwsze lata klubowej kariery grałeś w II lidze. Orkanowi udało się powrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej dopiero w 1997 roku.

Zgadza się, „mieliliśmy” tę II ligę przez kilka lat, aż drużyna zdążyła okrzepnąć. Dopiero po pięciu sezonach udało nam się awansować do ówczesnej I ligi, ale utrzymaliśmy się w niej tylko rok. Znowu spadliśmy. Mieliśmy bardzo dobrą formację ataku, ale niestety słaby młyn. Często brakowało sił w drugich połowach i rywale odjeżdżali od nas punktowo.

Czy zgodzisz się zatem, że lata 90. to najgorszy okres w 50-letniej historii sochaczewskiego rugby?

Dla klubu zapewne tak. Dla mnie wręcz przeciwnie, były to moje najlepsze lata. Miałem świetne warunki do rozwoju, czas na naukę i wiele okazji do doskonalenia umiejętności. W wieku 17-19 lat grałem praktycznie we wszystkich meczach, zarówno w drużynach młodzieżowych w klubie i reprezentacji, jak i w pierwszym zespole Orkana oraz w kadrze seniorów. Policzyłem, że w 1993 roku wyszedłem na boisko w 39 meczach, rok później w 42, a w 1995 roku zagrałem w 39 spotkaniach. Takie doświadczenie można było zdobyć jedynie na zachodzie Europy, gdzie grano co tydzień, przez cały rok. Byłem też poniekąd ewenementem – jedynym zawodnikiem II-ligowego klubu, który dostawał powołania i grał w reprezentacji Polski.

W drużynie seniorów reprezentacji Polski zadebiutowałeś w maju 1995 roku.

Fajnie się złożyło, bo Maciej Powała-Niedźwiecki został wtedy trenerem kadry seniorów. Zadebiutowałem w turnieju Baltic Cup, rozgrywanym w Kopenhadze. 25 maja przegraliśmy z Duńczykami 16:9. Trzy dni później, 28 maja, zagrałem swój drugi mecz ze Szwecją. Zdobyłem w nim pierwsze punkty w reprezentacji Polski. Wygraliśmy to spotkanie. Później, tuż przed moimi ostatnimi mistrzostwami Polski juniorów, zagrałem w październiku trzeci mecz z Belgią w Łodzi. Wygraliśmy 30:10, zdobyłem 15 punktów i wybrano mnie na najlepszego zawodnika meczu.

W kadrze zagrałeś 36 meczów, zdobyłeś 134 punkty. Które spotkania najbardziej zapadły Ci w pamięć?

Na pewno starcie z Rumunami w Sochaczewie, w maju 1996 roku. Występ przez własną publicznością, to było dla mnie coś cudownego. Trafiłem w tym spotkaniu dwa karne, lecz niestety Rumuni byli poza naszym zasięgiem. We Włoszech, gdzie wysoko przegraliśmy 107:18, zdobyłem dla Polski wszystkie punkty. Następnego dnia w jednej z włoskich gazet ukazał się artykuł zatytułowany „Italia VS. Wróbel”. Nie zapomnę też meczu z Gruzją w Sopocie, gdzie był remis 16:16, a po dogrywce wygraliśmy 29:23. Zdobyłem siedem punktów – przyłożyłem i podwyższyłem. Najwięcej punktów w jednym meczu – 21 zdobyłem z kolei z Litwą, w 1999 roku w Pruszczu Gdańskim.

Poza półrocznym wypożyczeniem w 1999 roku do AZS AWF Warszawa, całą swoją karierę grałeś w barwach Orkana. Dostawałeś propozycje z innych klubów?

W 1995 roku namawiano mnie na przejście do Lechii. Jeszcze lepszą ofertę otrzymałem, gdy powstawała sekcja rugby w Arce – proponowano mi nawet mieszkanie i prace w Gdyni. A gdy poszedłem do wojska, to wszystkie kluby w Polsce zgłaszały się do mnie z deklaracjami, że jeśli dołączę do nich, to pomogą mi w załatwieniu kwestii służby wojskowej.

Byłeś w wojsku i grałeś jednocześnie w rugby?

Zasadniczą służbę odbywałem w latach 1996-1997 w Bielicach. Dowódca dawał mi przepustki na mecze. Wielokrotnie trener Krzysztof Ciesielski czekał na mnie przed bramą jednostki. Wychodziłem w pełnym rynsztunku, zdawałem karabin i w mundurze jechałem na stadion, gdzie dopiero w szatni przebierałem się przed wyjściem na boisko. Po meczu wracałem do jednostki. Będąc w wojsku nie pojechałem tylko na jeden mecz reprezentacji do Portugalii, bo nie chcieli mnie puścić przed przysięgą.

Zarówno w klubie jak i w kadrze przez całą zawodniczą karierę grałeś z młodszym od ciebie o rok Maciejem Brażukiem. Współpracowaliście, czy bardziej rywalizowaliście ze sobą?

Gdy spotyka się dwóch zawodników wkładających całe serce do gry, to podświadomie zawsze jest jakaś rywalizacja. Na boisku musieliśmy jednak ze sobą współpracować. Działało to na korzyść drużyny. Maciek był liderem młyna, ja byłem liderem ataku. Choć wiadomo, że te formacje zawsze będą się jakoś przecinać na boisku, to każdy z nas miał swoje zadania do wykonania. Maciek ma bardzo mocny charakter. Potrafi postawić na swoim. Wielokrotnie narzucał coś od siebie, ale w zdecydowanej większości przypadków były to bardzo dobre wybory.

Zostałeś doceniony i uhonorowany. Otrzymałeś kilka prestiżowych nagród.

Zostałem wybrany m.in. zawodnikiem roku Polskiego Związku Rugby 1998. Z kolei w 2004 roku otrzymałem nagrodę dla najlepszego gracza rugby 7.

To chwilę o „siódemkach”… Z Orkanem zdobyłeś wiele medali mistrzostw Polski w olimpijskiej odmianie rugby.

Rugby 7 w Polsce było pod koniec lat 90. nowością. W sezonie odbywał się cykl czterech turniejów, z których wyłaniany był mistrz Polski. Miały one większy prestiż niż teraz, bo uczestniczyła w nich cała stawka zespołów z najwyższej klasy rozgrywkowej. Już po pierwszym sezonie, w 1998 roku, zdobyłem z Orkanem brązowy medal w „siódemkach”. Najlepszy okres to zdecydowanie lata 2001-2004, kiedy to cztery razy z rzędu wywalczyłem z sochaczewskim klubem mistrzostwo Polski. Mieliśmy wtedy najlepszą, niepokonaną ekipę. Gdy reprezentacja jechała na mistrzostwa Europy, to z 12 zawodników siedmiu pochodziło z Sochaczewa, a pięciu wychodziło w pierwszym składzie. Sochaczewscy rugbiści, z którymi najczęściej uczestniczyłem w zgrupowaniach kadry „siódemek” to: Maciek Brażuk, Mariusz „Kiwi” Michalak i Konrad Pisarek.

Twoja kariera reprezentacyjna zakończyła się nagle, z powodu nieszczęśliwego wypadku samochodowego.

Byliśmy nad morzem na obozie przed kolejnym turniejem eliminacyjnym do mistrzostw Europy rugby 7. Wypadek zdarzył się drugiego dnia. To była niedziela 9 maja 2004 roku. Jechałem o 9.00 rano na trening z klubowymi kolegami – Mariuszem Śmielakiem i Konradem Pisarkiem. W Pucku wyjechał nam samochód, wpadliśmy w poślizg i w konsekwencji uderzyliśmy w drzewo. Wielka szkoda, bo drużyna Orkana świetnie radziła sobie w rundzie wiosennej. Wygraliśmy m.in. na wyjeździe w Łodzi 39:20. Szliśmy na medal. Niestety później, gdy nas zabrakło w trzech ostatnich kolejkach, Orkan przegrał mecz z Lublinem i przez to nie wszedł do najlepszej czwórki. Zakończyliśmy sezon na piątym miejscu.

Widzę, że cały czas mimo wszystko żyłeś rugby i byłeś z drużyną Orkana, ale zostawmy to na chwilę. Najważniejsze było wtedy twoje zdrowie i proces rekonwalescencji. Opowiedz o tym?

Po wypadku trafiłem do szpitala w Wejherowie, tam mnie prześwietlili. Okazało się, że mam złamanie kręgosłupa – pęknięty kręg lędźwiowy. Przetransportowano mnie helikopterem do szpitala specjalistycznego w Elblągu na operację, która trwała ponad cztery godziny. Trzy dni później przyszła rehabilitantka i powiedziała „spróbujemy pana spionizować”. Stanąłem na nogi, na których nie mogłem się utrzymać dłużej niż trzy sekundy – w ogóle nie odczuwałem zmysłu równowagi. Bardzo się wtedy przestraszyłem, był to dla mnie szok. Miałem szczęście, że trafiłem na bardzo dobrych lekarzy. Po roku przeszedłem kolejną operację neurochirurgiczną w Konstancinie pod Warszawą, gdzie spędziłem po tym dwa miesiące na oddziale rehabilitacyjnym. Wyszedłem stamtąd już bez gorsetu i kul.

Wróciłeś na boisko. W 2007 roku zagrałeś z Orkanem pierwszy mecz po swojej rehabilitacji.

Postawiłem sobie cel – chciałem wrócić do normalnego życia. A normalnym życiem była dla mnie gra w rugby. Miałem świadomość, że moja kariera zawodnicza zakończyła się w momencie wypadku. Zmieniło to moje podejście – od tej pory była gra, ale nie było wyczynu. Wróciłem z powodu pasji do rugby, z miłości do tego sportu, z chęci pomocy swojemu klubowi.

Klub miał dla ciebie nową rolę. W 2007 roku zostałeś asystentem Grzegorza Kacały, a w kolejnym sezonie objąłeś funkcję grającego trenera.

Poniekąd byłem do tego zmuszony. W tym okresie miał miejsce kolejny duży kryzys w szeregach Orkana. Odeszło wówczas z drużyny ponad 15 zawodników. Ponownie zaczynaliśmy od gry w niższej lidze.

I szybko, bo w 2009 roku, awansowaliście a rok później zdobyliście drugi w historii Orkana brązowy medal w piętnastkach.

Ten medal był możliwy dzięki nowemu pokoleniu. Ogromnym wzmocnieniem dla pierwszej drużyny byli zawodnicy z ekipy juniorów, którzy w 2009 roku, z trenerem Maciejem Misiakiem, wywalczyli złote medale mistrzostw Polski w siódemkach i piętnastkach. Chłopaki chcieli grać i byli głodni sukcesów. W tej ekipie byli m.in. Tomek Gasik, Wojtek Krześniak, czy Daniel Niemyjski. Nie było wtedy meczu o trzecie miejsce. Ze zdobycia medalu cieszyliśmy się po wygranym starciu w Poznaniu, gdy dowiedzieliśmy się, że w równoległym spotkaniu przegrał Folc Warszawa.

Grającym trenerem byłeś przez osiem sezonów, do 2016 roku. To kolejny niełatwy okres w historii sochaczewskiego klubu. Byłeś z Orkanem na dobre i na złe…

W przypadku długiej ławki rola grającego trenera rodzi konflikt interesów. Nie wiem, czy na szczęście, ale nie miałem takich problemów, bo często po prostu brakowało ludzi. Wiele sezonów graliśmy na przetrwanie. Przykładowo kilkukrotnie jechaliśmy na Pomorze w trzynastu lub czternastu i dostawaliśmy lanie „trzycyfrówką”. Wchodziłem na boisko, tam gdzie musiałem wejść, a nie tam gdzie bym chciał. W drużyną Orkana zagrałem na każdej możliwej pozycji. W meczu w Krakowie nawet jako filar.

W Twoje ślady idzie syn – Kacper, który drugi sezon gra w drużynie seniorów Orkana.

Jeden przestał grać, drugi zaczął. Najważniejsze, że liczba Wróbli w Orkanie się zgadza (śmiech). A tak poważnie, Kacper siłą rzeczy był skazany na rugby od najmłodszych lat. Gdy grałem, to moja żona z Kacprem, jeszcze w wózku dziecięcym, wspierali mnie z trybun. Później, jak Monika pracowała na popołudniowe zmiany, to brałem Kacpra na prowadzone przeze mnie treningi. Przyznam, że wiedząc „z czym to się je”, jak bardzo wymagającą dyscypliną jest rugby, jako ojciec próbowałem go od niej odwieść. Nie chciałem też, żeby miał przypiętą łatkę z tyłu głowy i był oceniany przez pryzmat moich osiągnięć. Dlatego Kacper najpierw trenował krótko judo w „Siódemce” u Janusza Piechny, później piłkę nożną w Unii Boryszew u Romana Janiszka. Ostatecznie i tak wylądował na rugby… Początkowo grał na pozycji młynarza, później zmieniła się jego fizjonomia. Urósł, schudł i przeszedł do ataku. Nie wywieram presji, ale cieszę się i jestem dumny, że uprawia ten sport. To jego własny wybór.

Jak oceniłbyś obecną grę Orkana?

To, jak gra teraz drużyna Orkana, w porównaniu z moimi czasami, to jest niebo a ziemia. Nie mówię, że przed laty robiliśmy coś źle. W czasie gdy trenowałem ekipę seniorów, były dwa takie momenty, że drużyna już się skleiła, wszystkie tryby weszły na swoje miejsca. Zabrakło tylko tej „kropki nad i”. Tego jednego elementu, nie będę ukrywał, o co chodzi – zabrakło pieniędzy. Gdyby się pojawiły, poziom byłby na pewno inny. W ostatnich latach wydarzył się cud. Sytuacja finansowa klubu się poprawiła. Dzięki wsparciu sponsorów możliwe było ściągniecie do Sochaczewa kilku klasowych graczy z zagranicy, chłopaków z Namibii i RPA, którzy uporządkowali grę. Ponadto w drużynie są doświadczeni wychowankowie klubu, a co roku trener może liczyć na wsparcie zawodników z ekip juniorów. Te wszystkie czynniki sprawiły, że ta drużyna musiała „wystrzelić”. Zrobiła to pod koniec ubiegłego sezonu, zakończonego wywalczeniem trzeciego w historii brązowego medalu. Z Orkanem muszą się teraz liczyć wszystkie drużyny w Polsce.

Czego Bogdan Wróbel życzy Orkanowi i o czym marzy w roku 50-lecia rugby w Sochaczewie?

Życzę kontynuacji przez kolejnych co najmniej 50 lat – to jest najważniejsze. Gdy miałem 20 lat i biegałem po boisku, to koło siłowni spotykała się „żyleta”, grupa starszych dziadków. Wówczas moim marzeniem było i jest do tej pory, żeby, będąc w ich wieku, też przychodzić na trybuny i oglądać mecze rugby w Sochaczewie.

Z nagrodą przyznawaną przez redakcję „Przeglądu Sportowego” dla Zawodnika Roku PZR 1998.
W reprezentacji Polski Bogdan Wróbel rozegrał 36 meczów, zdobył 134 punkty. Jego karierę zawodniczą przerwał w wieku 28 lat wypadek samochodowy.
Bogdan z synem Kacprem i ich brązowe medale z 2010 i 2021 roku. Zdjęcie zrobione 3 lipca 2021 roku, przez Krzysztofa Lewandowskiego, po zwycięskim meczu o trzecie miejsce ze Skrą Warszawa.
Bogdan Wróbel grał w barwach Orkana przez kilkadziesiąt sezonów, w latach (1991-2004, 2007-2016).

Sponsorem strategicznym RC Orkan jest Miasto Sochaczew

Sponsorem generalnym jest PKN ORLEN oraz Gardenia Sport

Sponsorzy główni: Fundacja PGNiGFast Service, Żywiec Zdrój, PEC Sochaczew, ZWiK Sochaczew

Sponsorzy: Carrefour, Drukarnia Chrzczany, BVG, Cukiernia Lukrecja, Dudmaister, Hurtownia Rekin

Głównym partnerem medialnym RC Orkan są Radio Sochaczew oraz tusochaczew.pl