AKTUALNOŚCI
10czerwiec

Najważniejsza jest chęć gry

Kontynuujemy cykl rozmów z okazji 50-lecia rugby w naszym mieście. Z sochaczewskim klubem związany był od początku. Grał w nim ponad ćwierć wieku. Jako pierwszy zawodnik Orkana został powołany do reprezentacji Polski. Wychował i wyszkolił kilka pokoleń młodzieży. Był niezwykle wymagającym trenerem. Z Krzysztofem Ciesielskim rozmawia Maciej Frankowski

Jaki sport uprawiał pan przed rugby?

Grałem w piłkę nożną w Orkanie Sochaczew. Trenował nas Andrzej Misiak. Zakończyliśmy wiek juniorski, drużyna się rozwiązała. Do seniorów przeszedł wtedy jedynie Krzysiek Turczyński.  Byłem otwarty na to, aby spróbować swoich sił w innej dyscyplinie.

Był pan latem 1971 roku na tym pierwszym pokazowym meczu rugby w Sochaczewie, gdy reprezentacja Polski grała z kadrą młodzieżową?

Przyznaję, że nie byłem. Mówiłem sobie wtedy „jakaś głupia jajowata ta piłka”. Słyszałem, że sporo osób przyszło wtedy na stadion. Po jakimś czasie chłopaki zaczęli się „skrzykiwać” – zakładali drużynę rugby. Zapraszali mnie na pierwszy trening, który odbył się 20 grudnia 1971 roku w sali Technikum Mechanicznego (dzisiejszej „Osiemdziesiątce”). Nie poszedłem. Koledzy nie odpuszczali. Chodzili za mną i cały czas namawiali. W końcu uległem. Poszedłem na drugi trening… i tak już zostałem.

Mieliście na początku chociaż ze dwie piłki?

Mieliśmy dokładnie pięć. Otrzymaliśmy je od przedstawiciela PZR, Leona Radzikowskiego. Jako nowa drużyna nie bardzo mogliśmy liczyć na wsparcie związku. Otrzymaliśmy od nich niewiele. Dobrze, że Irek Pietrak zdołał pozyskać wsparcie Energomontażu.

Kto przychodził na pierwsze treningi, ilu was było?

Na każdych zajęciach zjawiało się ok. 18 osób. To byli koledzy ze szkoły, z podwórka. Chłopaki z Warszawskiej, Wąskiej, Reymonta. Jeden namawiał drugiego. Miałem wtedy 18 lat i byłem jednym z najmłodszych w tej grupie.

Prowadzone były jakieś selekcje?

Selekcja to jest zawsze, ale tylko naturalna. Część, wiadomo, przyjdzie na trening i się „wykruszy”. Zostają tylko ci, którzy naprawdę chcą grać. W naszej pierwszej drużynie nie było też tak zwanego lidera, bo wszyscy zaczynaliśmy od zera.

Skoro nie mieliście żadnego doświadczenia, to jak trener Stefan Wydlarski wyznaczał ludzi na konkretne pozycje?

Niżsi od trenera do ataku, a grubsi od trenera do młyna – tak to mniej więcej wyglądało. Predyspozycje do danej pozycji były zależne od warunków fizycznych. Ja zawsze byłem niski, zwinny, szczupły, najwięcej w życiu ważyłem 74 kg. Rzucałem piłkę, robiłem przewrót, a jak nie mogłem faceta przejść, to starałem się go przeskoczyć. Stefan Wydlarski wystawił mnie na dziewiątkę.

Przed zgłoszeniem drużyny TKKF Energomontaż do rozgrywek II ligi zagraliście w ośmiu sparingach. Coś szczególnego zapadło panu w pamięć z okresu przygotowań do pierwszego sezonu?

Oczywiście grube zielone wojskowe dresy. Jak padał deszcz i namiękły, to mieliśmy ciężko. Żadną niespodzianką nie było też, że jako nowa ekipa dostawaliśmy z początku „baty”. Pierwszy sparing z Orłem Warszawa, 17 marca 1972 roku, przegraliśmy 10:0. Drugi ze Skrą 9 kwietnia 10:4.

W pierwszym sezonie też nie mieliście łatwo. Długo czekaliście na zwycięstwo?

Pierwszy mecz w II lidze zagraliśmy w Sochaczewie 27 sierpnia 1972 roku z Mazovią Mińsk Mazowiecki. Przegraliśmy 24:10. Następnie Posnania wygrała z nami 15:8, a Orzeł Warszawa 32:4. Na pierwsze zwycięstwo czekaliśmy do szóstej kolejki. 29 października pokonaliśmy w Sochaczewie Ogniwo Sopot – 13:6 (3:0). Ostatecznie po pierwszym sezonie zajęliśmy piąte, przedostatnie miejsce w II lidze.

Jak duża była motywacja chłopaków z drużyny?

Ogromna! Widać to było szczególnie w dniu meczu. Zawsze graliśmy w niedzielę o godz. 11.00. Ale jak wyszedłeś o 6 rano na ulice Sochaczewa, to mogłeś spotkać nawet kilkunastu chłopaków z drużyny. Żyli tym meczem, rozpierała ich energia, czekali i nie mogli się doczekać wyjścia na boisko. Każdy z tej paczki, zebranej z różnych środowisk, po prostu chciał grać w rugby.

Był pan na pierwszym obozie w Mielnie w 1973 roku?

Byłem i to z ówczesną narzeczoną. To były właśnie fajne czasy początków drużyny. Mieszkaliśmy nad morzem w namiotach. Atmosfera kempingu, ale nikt nie drinkował. Wtedy serio, bardzo skupialiśmy się na trenowaniu. Każdy każdego pilnował. Dopiero w późniejszych latach Stefan Wydlarski musiał trochę poluzować pewne zasady, aby dogadywać się ze starszymi chłopakami z drużyny.

Po trzech sezonach, w 1975 roku, udało się wywalczyć awans. Jaka panowała wówczas atmosfera wokół rugby?

Nie było jakiegoś naporu na awans, po prostu graliśmy, nie mówiliśmy o tym. Ostatecznie dostaliśmy się do I ligi z drugiego miejsca. W walce o awans wyprzedziliśmy takie ekipy jak: Bałtyk Gdynia, Czarni Bytom, Posnania Poznań czy Ogniwo Sopot. Szczyt popularności rugby w Sochaczewie to właśnie połowa lat 70. Pamiętam jak 17 maja 1975 roku na mecz towarzyski Orkana z angielską drużyną RFC Burton całe miasto przyszło na stadion (Orkan przegrał 4:19 – przyp. red.). Wtedy to była Maracana! Nie tworzyli jej zawodnicy, trenerzy czy działacze, tylko zwykli kibice, którzy przychodzili dopingować swoich kolegów.

A jak to było z księdzem, który zapraszał na mecze rugbistów z ambony?

Było nawet dwóch takich księży. Pierwszy, który wspominał o nas w kościele, przeniósł się po jakimś czasie do Warszawy. Później do parafii św. Wawrzyńca przyszedł nowy – ksiądz Bogdan. Okazało się, że grywał on z jednym z milicjantów w tenisa na korcie przy Warszawskiej. Któregoś dnia podszedłem zapoznać się z nimi. Wspomniałem księdzu, że jego poprzednik mówił o nas w kościele, jak czytał ogłoszenia. Z początku „pogonił mnie”, tłumacząc się, że nie będzie tego robił, bo w tym samym czasie, gdy rozgrywamy mecze, jest msza. Po jakimś czasie uległ jednak i podobnie jak jego poprzednik zapraszał z kościelnej ambony na stadion, aby wspierać sochaczewskich rugbistów.

Jako pierwszy rugbista z Orkana Sochaczew został pan powołany do reprezentacji Polski, najpierw juniorskiej, a od 1976 roku do kadry seniorów. Pamięta pan swój debiut z orłem na piersi?

Wybrałem się na pierwszy obóz do Limanowej z myślą „Co ja z takiej mieściny jak Sochaczew będę tam robił”. Dobra, nic, powiedziałem sobie – postaram się skorzystać z tej okazji jak mogę. Będę dawał z siebie wszystko. Do seniorów powołał mnie trener Ryszard Wiejski (legenda polskiego rugby, od 1961 roku zawodnik AWF Warszawa, w 1968 roku reaktywował sekcję rugby w klubie Budowlani Łódź, prowadził reprezentację narodową przez 16 lat, w 102 spotkaniach – przyp. red.). Obaj zadebiutowaliśmy 4 kwietnia 1976 roku w meczu z Francją – Wiejski w roli trenera, a ja jako zawodnik. Dzień przed meczem trener podaje skład. Czyta po kolei pozycje i nazwiska, i słyszę… numer 11 – Krzysztof Ciesielski. Rozwolnienia dostałem, nocy nie przespałem, ale wyszedłem na boisko. Wszedłem do składu w miejsce wieloletniego zawodnika kadry Krzysztofa Mańko z Polonii Poznań – pamiętam, że gość miał tyle w bicepsie, co ja w udzie. Mecz rozgrywany był w Krakowie. Łzy poleciały mi jak usłyszałem Mazurka Dąbrowskiego. W rzeczywistości, jako nowy w drużynie, sam musiałem wywalczyć sobie piłkę. Koledzy nie bardzo chcieli mi podawać. Pamiętam, ile razy byłem na dobrej pozycji, machałem ręką, sygnalizowałem, a Andrzej Kopyt rozgrywał piłkę w atak na drugą stronę. Jak na debiut to dosyć długo byłem na boisku, trener zdjął mnie pod koniec, ok. 70. minuty.

Udało się utrzymać miejsce w kadrze. Wystąpił pan w 33 spotkaniach, zdobył w sumie 12 punktów. Które mecze najbardziej pan zapamiętał?

Na pewno mecz ze Związkiem Radzieckim w Olsztynie, który niestety przegraliśmy 7:3. Był silny wiatr, staraliśmy się z Ruskimi grać ręką. To my zdobywaliśmy metry na boisku. Rywale natomiast kilkakrotnie przejmowali piłkę na swoim polu 22 metrów i przenosili ją kopem z powrotem na naszą połowę. Musieliśmy co chwilę zaczynać wszystko od nowa. Grałem wtedy na obronie i nalatałem się jak głupi. Niezapomniane dla mnie są też trzy mecze z Hiszpanami  – w Barcelonie, Walencji i Madrycie. Pamiętam jak przed jednym z tych meczów przygotowany był wykwintny bankiet. Zabity wielki byk upieczony na rożnie, sałateczki, drineczki itd… Wygraliśmy z Hiszpanami, sprawiając niemałą niespodziankę. Gospodarze po tej porażce mieli kiepskie nastroje, a cała impreza potrwała ostatecznie niecałą godzinę. I tylko wszyscy się dziwili, mówiąc „Jak to możliwe – przecież my tylko w samym Madrycie mamy 10 drużyn, czyli tyle ile oni w całym kraju”.

Dużo czasu trzeba było poświęcić na mecze, obozy, zgrupowania kadry?

W tamtym czasie byłym średnio 250 dni w roku poza domem. Było mniej spotkań w lidze, za to więcej międzypaństwowych. Do tego dochodziły jeszcze turnieje w Związku Radzieckim itd… Przygodę w reprezentacji Polski traktowałem bardzo poważnie. Pamiętam swoje zmotywowanie przed meczami z Marokiem czy Francją, a jak graliśmy z Niemcami, to gotowy byłem gryźć trawę, wychodząc na boisku chciałem im się zrewanżować za wrzesień 1939 roku.

Poza reprezentacją kraju bardzo długo był pan aktywnym zawodnikiem w polskiej lidze. Nigdy nie miał pan żadnych kontuzji?

Grałem przez ponad 30 lat. W ekstralidze (dawnej I lidze) i II lidze rugby tylko w barwach Orkana rozegrałem blisko 230 meczów. Najdłużej reprezentowałem sochaczewski klub (1971-1986, 1988-1999 – przyp. red.). Dodatkowo w latach 80., gdy pracowałem na Śląsku, po jednym sezonie grałem w Czarnych Bytom i założyłem AZS Katowice. Po drugim odejściu z Orkana dwa lata (1999-2001) spędziłem w warszawskiej Skrze. Zawsze dopisywało mi zdrowie, przez co wygraliśmy niejeden mecz. Nie łapałem żadnych kontuzji, kilka razy miałem tylko mocniej poobijane żebra. Zawsze byłem dyspozycyjny i gotowy do gry. Tylko raz zapomniałem korków na mecz z Posnanią, to wszedłem dopiero w drugiej połowie, gdy Krzysiek Lewandowski poleciał i mi przyniósł.

Od 1979 roku był pan także trenerem, a w drużynie seniorów Orkana grającym trenerem. W 1984 roku w podwójnej roli wywalczył pan brązowy medal mistrzostw Polski z drużyną piętnastek. Jak oddzielał pan rolę trenera od kolegi z zespołu?

Kolegą z drużyny to byłem jedynie na imprezie po zakończeniu sezonu. Jako trener zawsze bardzo dużo wymagałem. W 1984 roku zdobyliśmy ten medal, pomyślałem, przycisnę i zdobędziemy jeszcze lepsze miejsce. Cisnąłem, żeby zrobić wynik, ale nie wszystkim się to podobało, niektórzy nie wytrzymywali reżimu treningowego – głównie ci starsi zawodnicy. Dlatego między innymi po letnim obozie w 1986 roku musiałem opuścić klub. Przeniosłem się na dwa lata na Śląsk.

Ile pokoleń zawodników pan wychował?

Przez ponad 30 lat trenowałem małe dzieciaki, które, nawet jeśli nie potrafiły jeszcze grać, to i tak wygrywały (śmiech). Bywało tak, że prowadziłem jednocześnie trzy drużyny Orkana – kadetów, juniorów i seniorów. Jak byłem młodym zawodnikiem i chciałem zrobić trening na siłowni, to musiałem jeździć do Warszawy na AZS. Gdy zostałem trenerem Orkana, to stworzyłem dla zawodników siłownię na miejscu przy klubie. Z kolejnymi rocznikami sochaczewskiej młodzieży zdobywałem praktycznie co sezon medale mistrzostw Polski. Mogę otwarcie powiedzieć, że ukształtowałem wiele pokoleń sochaczewskich rugbistów. Zdążyłem już się przyzwyczaić, że mało kto mówi do mnie po imieniu, tylko większość znajomych mi osób zwraca się do mnie „trenerze”, albo „wodzu”.

A jeśli miałby pan wskazać najmocniejszą drużynę młodzieżową w historii sochaczewskiego klubu?

Piła. 1988 rok. Mistrzostwa Polski Juniorów do 17 lat w piętnastkach. Rozwalili wszystkich. Głównym rywalem Orkana była wtedy ekipa z Łodzi. Chłopaki pokonali ich w pięknym stylu 25:13. W tamtym składzie byli m.in. Robert Małolepszy, Marcin Kłak, Mariusz Gmurczyk, Tomasz Staszewski czy Marcin Płowik.

Miał pan jakieś niekonwencjonalne metody szkoleniowe?

Nawet gdy trenowałem seniorów, to zawsze wracałem do podstaw – podanie, szarża. Od zawodników wymagałem tego samego co od siebie, gdy byłem w ich wieku. Nie ukrywam, że wprowadzałem do treningów też wiele własnych pomysłów. Kazałem zawodnikom m.in. dźwigać opony od ciężarówek, a z mniejszych, od Malucha, zrobiłem pod płotem stadionu „odbijacze”, w które walili na treningach. Wykorzystywałem też opony do robienia torów przeszkód. Wprowadzałem na treningach element rywalizacji – łapałem czas, mierzyłem, kto najszybciej pokona taki tor. Na obozach z kolei często biegaliśmy po lasach. Raz spotkaliśmy drwali i pożyczyliśmy od nich 10-15 metrowe wielkie belki. Biegaliśmy z nimi. Porobiłem też sznury, za które niektórzy ciągnęli nawet trzy takie bale za sobą.

Czym się pan kierował wybierając kapitana drużyny?

Kapitan drużyny zawsze musiał być moim człowiekiem na boisku, moją prawą ręką. Musieliśmy porozumiewać się bez słów. Pokazywałem, a on już wiedział, o co mi chodzi i musiał robić co mu każę. Zresztą jako trener zawsze miałem ostatnie zdanie. Przykładowo – mój wychowanek Maciej Brażuk, 20 lat temu, w czasach gdy był jednym z najlepszych zawodników w Polsce i naszej części Europy, jak grał w kadrze na pozycji nr 8, to odrywał się od trzeciej linii młyna, inni szli, wygrywali piłkę i mu podwali, a on walił w rywali i leciał na pole punktowe. Powiedziałem mu: „W reprezentacji możesz sobie tak grać, ale u mnie tak nie będzie. To rwacze mają pierwsi odrywać się od młyna i szukać miejsca, a ty masz być przy akcji i walczyć o piłkę”.

Jakie zatem najważniejsze cechy powinien posiadać dobry rugbista, jak powinien grać?

Po pierwsze i najważniejsze – nie może bać się kontaktu i musi nauczyć się umiejętnie w niego wchodzić. Kolejne ważne kwestie to „zimna głowa” oraz zmysł obserwacji. Zawodnik musi wiedzieć, co się dzieje wokół niego na boisku, szukać wzrokiem kolegów z drużyny. Szczególnie dla zawodników ataku niezbędną umiejętnością jest też odpowiednia koordynacja ruchowa. Wiadomo – nikt nie biegnie prosto na szarżę, tylko zawsze ucieka po skosie. Aby wykonać dobry zwód i zmylić rywala – co innego muszą zrobić ręce, a co innego nogi. Z drugiej strony, w przypadku broniącego, należy pamiętać, że dobra szarża to szarża założona poniżej środka ciężkości, pod brzuch rywala. W rugby może grać każdy niezależnie od warunków fizycznych. Najważniejsza jest chęć gry.

Jaka jest największa wartość sochaczewskiego rugby i czego pan życzy klubowi Orkana z okazji okrągłego jubileuszu?

Zawsze najlepszymi zawodnikami będą dla mnie rugbiści z Sochaczewa, wychowankowie Orkana. Siłę klubu poznaje się po „produkcie własnym”, który tworzy. Niezależnie, gdzie później będą grali – w polskich, czy zagranicznych klubach, to tutaj zostali ukształtowani i to tutaj wpojono im pewne wartości. Z okazji 50-lecia życzę Orkanowi jak najwięcej jak najlepszych młodych zawodników, którzy, tak jak ja, zostaną w Sochaczewie i tutaj będą reprezentować swój klub.

6 marca 1992 roku, papież Jan Paweł II udzielił prywatnej audiencji reprezentacji Polski w rugby, która przebywała wówczas we Włoszech
Rugbiści podarowali papieżowi piłkę z podpisami wszystkich reprezentantów oraz wykonaną przez Krzysztofa Ciesielskiego drewnianą bramkę z podpisem: „Ojcu Świętemu Papieżowi Janowi Pawłowi II – Polska Reprezentacja Rugby”. Papież był żywo zainteresowany rugby. Pytał, skąd się ta gra wzięła i dlaczego piłka jest owalna.
Na zdjęciu obok Jana Pawła II – od lewej Krzysztof Ciesielski, Jan Krzeczkowski

Krzysztof Ciesielski w rozmowie z inż. Edwardem Kobkiem, dzięki któremu utworzono drużynę rugby przy ognisku TKKF PMEiUP „Energomontaż Północ”