AKTUALNOŚCI
13maj

Ireneusz Pietrak: Marzenie już się spełniło

Ireneusz Pietrak: Marzenie już się spełniło

Z okazji jubileuszu 50-lecia powstania sekcji rugby w Sochaczewie rozpoczynamy cykl wywiadów z najważniejszymi postaciami w historii klubu Orkan. Wraz z bratem Bogdanem, Edwardem Grzelakiem i Marianem Wendkowskim był jednym z inicjatorów rugby w naszym mieście. Z Ireneuszem Pietrakiem rozmawia Maciej Frankowski „Ziemia Sochaczewska”


Przed rozpoczęciem przygody z rugby trenował pan lekkoatletykę?
Zaczęło się to w szkole, na lekcjach wychowania fizycznego. Chodziłem do sochaczewskiej “Osiemdziesiątki”. Biegałem, najlepsze wyniki osiągałem na dystansie 800 metrów. Co prawda nic nie wygrałem, ale brałem udział w międzyszkolnych zawodach. Namówił mnie do tego Stefan Wydlarski, który tworzył w tamtym czasie drużynę lekkoatletyczną w Sochaczewie. Pamiętam, jak chodziliśmy do niego na treningi do Szkoły Podstawowej nr 3. Później naszą grupę biegaczy przejął Sylwester Rożdżestwieński. Mieliśmy nawet niezłe osiągnięcia jako juniorzy.

A kiedy pojawiło się rugby, fascynacja tą dyscypliną sportu?
Gdzieś w połowie 1971 roku na stadionie Orkana odbył się mecz kadry A reprezentacji Polski chyba z kadrą młodzieżową. W ogóle rugbiści mieli wówczas jakieś zgrupowanie w Teresinie, drużyna, z którą mieli grać sparing, nie dojechała. Wystąpił wówczas szereg różnych przypadków, łącznie z tym, że to spotkanie, trochę w ramach “zapchaj dziury” rozegrano w Sochaczewie. Nieprzypadkowo natomiast, wraz z bratem i kolegami byliśmy wtedy na stadionie – mieszkaliśmy po sąsiedzku. Rugby najbardziej spodobało się właśnie mojemu bratu – Bogdanowi. Sami moglibyśmy to robić – powiedział mi podczas tego meczu.

Skąd wzięliście ludzi, którzy też chcieli “to robić”?
W ramach klubu Orkan istniała wtedy drużyny piłki ręcznej. Grali początkowo na asfalcie, na boisku Szkoły Podstawowej nr 4, później próbowali przenieść się na halę, ale były z tym problemy. W końcu zespół, głównie z braku dostępności do obiektów sportowych, formalnie się rozwiązał. W szczypiorniaka grał m.in. mój brat i Marian Wendkowski, którzy później zachęcali innych chłopaków do spróbowania swoich sił w rugby. Rozpuściliśmy ogłoszenie o tym, że chcemy stworzyć drużynę. Zainteresowani przychodzili do nas dosłownie z ulicy. Różni ludzie się trafiali. Udało się po jakimś czasie zebrać ponad 20 chłopaków. Zaczęliśmy trenować jesienią 1971 roku.

Była drużyna, lecz nie było trenera. Skąd pomysł, aby zaproponować tę funkcję Stefanowi Wydlarskiemu?
Przypomnieliśmy sobie, że jak byliśmy dzieciakami i chodziliśmy do “trójki”, to Wydlarski przyniósł do szkoły piłkę do rugby, żeby nam pokazać. Grał w tym czasie w Lotniku Warszawa. Na lekcjach wf-u, w formie zabawy, rzucał nam jajowatą piłkę, uczył podań, kazał z nią biegać. Po latach, stwierdziliśmy – “To gość po AWF-ie, Stefan się na tym zna” i poszliśmy do niego z propozycją. Początkowo bronił się rękami i nogami, bo wiedział na co się porywamy. Z perspektywy czasu przyznaję, że miał trochę racji, bo nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy z iloma organizacyjnymi kwestiami to się wiązało. Nie zwracaliśmy wtedy na to uwagi, z naszej strony był totalny “żywioł”. Po kilku namowach Stefan Wydlarski w końcu uległ, zgodził się nas prowadzić. Ostatecznie pełnił rolę trenera do 1978 roku.

Pozostając przy kwestiach organizacyjnych, MKS Orkan początkowo dość niechętnie patrzył na rugbistów i nie chciał przyjąć sekcji do struktur klubu?
W Orkanie działało już kilka sekcji, łącznie z takimi, których działalność wiązała się z wyjazdami. Nie było wobec nas jakiegoś wielkiego entuzjazmu, bo po prostu brakowało pieniędzy, żeby nas dołączyć do struktur klubu. Udało się to dopiero po dwóch latach.

Wcześniej z pomocą przyszedł Energomontaż?
Pracowałem tam. Zwróciliśmy się do inż. Edwarda Kobka, który wyraził zgodę na utworzenie drużyny rugby przy ognisku TKKF PMEiUP “Energomontaż Północ”. Od Energomontażu otrzymaliśmy m.in. pierwsze stroje, zakład udostępniał nam także autobus na wyjazdy.

Zanim klub dorobił się koszulek meczowych, to podobno zawodnicy grali pierwsze sparingi w bluzach lotniczych?
Pamiętam swój pierwszy sparing, a był to trzeci mecz Orkana w ogóle, rozegrany w stolicy na obiekcie przy ul. Podskarbińskiej z drużyną Orła Warszawa. Stołeczny zespół prowadził wówczas kolega z boiska Stefana Wydlarskiego – Zbigniew Janus. Panowie po prostu umówili się na mecz towarzyski. Przed wyjściem na boisko potrzebowaliśmy jednak jednolitych strojów. Zaopatrzeniowiec z Energomontażu kupił nam wtedy zielone wojskowe dresy. W tamtych czasach bardzo trudno było w ogóle dostać w Polsce sprzęt sportowy. Dlatego po pierwsze koszulki mój brat razem z kolegą pojechali do NRD. Kupili wtedy pierwszy komplet niebiesko-białych koszulek w poprzeczne pasy. Później otrzymaliśmy od Energomontażu czerwone stroje. Dostawaliśmy też początkowo od związku jakieś odrzuty sprzętu po kadrze. Jednak te brezentowe koszulki były nietrwałe, słabej jakości – przeciwnikowi części naszej garderoby zostawały w rękach.

Zostając jeszcze przy strojach, początkowo nie mieliście dostępu do szatni.
Urządziliśmy sobie takową pod płotem stadionu. Nikt nie marudził. Chłopaków to nie zrażało. Zawsze jednak ktoś musiał zostać i pilnować naszych rzeczy. Niektórzy dziwnie patrzyli na zawodników, którzy umorusani w błocie wracali po treningu przez miasto do domów. Ja z bratem akurat mieliśmy blisko. Mieszkaliśmy przy ul. Cichej, tak więc przechodziliśmy przez tory i byliśmy u siebie.

Przez wiele lat był pan sędzią. Jak to było na początku z przepisami gry, jak je poznawaliście?
Uczył nas tego oczywiście Stefan Wydlarski. Podstawowa zasada w rugby pozostaje niezmienna: podajemy do tyłu, biegniemy do przodu. Uczyliśmy się w praktyce, na błędach i na podpatrywaniu tego, co robią inni – jak się ustawić, jak można zagrać, a jak nie.

Pamięta pan pierwszy obóz zespołu?
Pojechaliśmy do Mielna pod namioty. Wspomógł i zawiózł nas tam niezastąpiony Energomontaż. Znajoma chłopaków miała koło domu łąkę, na której się rozbiliśmy. Wyżywienie musieliśmy kupować sobie oczywiście we własnym zakresie, ale było wesoło. Nie było wtedy z nami trenera Wydlarskiego. Sami organizowaliśmy sobie zajęcia.

Jako zawodnik grał pan dość krótko, dlaczego?
Grałem na pozycji środkowego ataku przez dwa sezony. Rozegrałem w sumie 13 spotkań – siedem w pierwszym sezonie i sześć w drugim. Podczas meczu w Bytomiu nabawiłem się kontuzji barku. Potem nie mogłem już wrócić do formy. Uraz wyeliminował mnie z dalszej kariery zawodniczej.

Ma pan za sobą zdecydowanie dłuższą karierę sędziowską. Jako arbiter Ekstraligi i I Ligi Rugby sędziował pan w sumie 222 mecze w 29 sezonach rozgrywkowych. Dwukrotnie, w 1985 i 1994 roku otrzymał pan tytuł sędziego roku, przyznawany przez Polski Związek Rugby. Co sprawiło, że zdecydował się pan zostać sędzią?
Co zdecydowało? Jak zwykle przypadek. W Sochaczewie rozgrywany był mecz towarzyski Polska – NRD. Następnego dnia (22 kwietnia 1974 r. przyp. red.) odbył się też sparing drużyny Orkana, wzmocnionego trzema zawodnikami z kadry, z ekipą z Niemiec. Przed rozpoczęciem spotkania pojawiło się pytanie – kto to będzie sędziował? Stanęło, że ja. Prawda jest taka, że sędziów zawsze brakowało i brakuje do dziś. Miałem dość mętne pojęcie, bo to zupełnie co innego grać jako zawodnik a interpretować poszczególne sytuacje na boisku jako arbiter. Ale wiedziałem, o co chodzi. Szybko zauważałem te różnice. Wygraliśmy ten mecz 4:3. Wielki entuzjazm. Niemcy trochę niepocieszeni. Wtedy przewodniczącym kolegium sędziów był Bengt Scotland – bardzo ciekawa postać w historii polskiego rugby. Któregoś dnia po tym wydarzeniu zadzwonił do mnie do pracy i po prostu zaprosił na spotkanie sędziów. Pierwsze spotkanie, do którego oficjalnie zostałem wyznaczony na sędziego, to był meczem w lidze juniorów Mazovia Mińsk Mazowiecki – Kometka Biała Podlaska.

Pewnie z licznych wyjazdów z drużynami Orkana zapamiętał pan wiele anegdot i opowieści. Zapytam jednak konkretnie o przygody w Rosji. Jak to było, kto zgubił się w Moskwie na początku lat 90. – pan czy brat?

To była dla mnie przykra sprawa. Lecieliśmy do Ałma-Aty z lotniska Domodiedowo położonego 80 kilometrów od Moskwy, a oni mnie zostawili. Na chwilę odszedłem z miejsca zbiórki przed wyjazdem na lotnisko. Mogło mnie nie być dosłownie kilka minut. Wracam, a ich nie ma. Na szczęście wcześniej pracowałem w Rosji, dobrze znałem język rosyjski, i dobrze że miałem przy sobie ruble. Zamówiłem taksówkę i zdążyłem ich dogonić, dojechać na lotnisko przed startem samolotu.

To był zresztą dopiero początek przygód w Rosji. Wracamy do Moskwy z Ałma-Aty, gdzie kadeci Orkana wygrali mecz z Łotwą o trzecie miejsce, i okazuje się, że nie mamy biletów na pociąg. Podróżowałem koleją już wcześniej, więc wiedziałem jak załatwia się sprawę z konduktorami. Na peron podstawili wagon do Legnicy dla rodzin oficerów. Podszedłem porozmawiać z kierownikiem pociągu, aby nas zabrał. Zaproponowałem mu 1000 rubli. Rosyjska waluta w tamtym czasie bardzo w Polsce traciła na wartości. 1000 rubli to było niewiele. Kierownikowi zaświeciły się oczy, zgodził się i kazał nam wsiadać. Pociąg już ruszał, a tu przylatuje do mnie któryś z chłopaków z drużyny i woła: panie Irku czterech zostało na peronie. Wyskoczyłem w ostatniej chwili z pociągu i rzeczywiście widzę jak czterech „prymusów”, w pełni roześmianych, idzie sobie przy torach. Tak zacząłem się na nich drzeć, że aż zamarł cały dworzec, tylko się wszyscy na nas patrzyli. I co tu zrobić? Ostatnie pieniądze dałem kierownikowi pociągu. Zdenerwowany kazałem się gówniarzom podliczyć. Jeden z nich miał 300 rubli, coś udało się uzbierać. Pociąg do Legnicy odjechał, następny zapowiadany ruszał do Brześcia, na polską granicę. W pociągu kierowniczka. Mówię do niej – jest nas pięciu, chcemy dojechać do Brześcia. Na początku nie chciała się zgodzić, kazała nam wysiadać, ale wziąłem ją na przetrzymanie. Widzę podchodzi do niej jakiś facet i oddaje bilet. Dzięki temu w końcu daliśmy tej kuszetkowej resztę naszych rubli, a ona umieściła nas po cicho w czteroosobowym przedziale. Tu pojawił się kolejny problem. Okazało się, że chłopaki, do dziś nie wiem po co, zamienili się paszportami. Jeden paszport pojechał pociągiem do Legnicy, a drugi był w składzie do Brześcia. Dojeżdżamy na granicę, a tam stoi Krzysiek Lewandowski z jakimś chłopakiem. Początkowo udało nam się ominąć komorę celną i graniczną, dotarliśmy do pociągu, w którym jechała pierwsza grupa. Podmieniliśmy paszporty, ale jak kierownik pociągu mnie zobaczył, to aż zbladł. Cofnął nas na granicę, gdzie musieliśmy dopełnić wszystkich formalności w związku z jej przekroczeniem. W końcu udało nam się jednak szczęśliwie wrócić do Sochaczewa.


W tym roku sekcja rugby w Sochaczewie obchodzi 50-lecie swojego istnienia. Czego pan życzy Orkanowi z okazji okrągłego jubileuszu. Jakie są pana marzenia jako inicjatora rugby w naszym mieście?
Największe marzenie, moje i mojego brata, już się spełniło. Martwiliśmy się, że gdy przestaniemy działać, to nie znajdzie się nikt, kto będzie chciał to kontynuować. Okazuje się, że jednak są takie osoby. Jest nowe pokolenie chłopaków, którzy mają swoją wizję rozwoju klubu i tak jak mogą starają się ją realizować. Życzę im, aby było jak najmniej “szkodników”, którzy będą podbierać wychowanków naszego klubu, i aby robili równie owocne wzmocnienia, jak w tej rundzie. Widać, że każdy z obcokrajowców stanowi wartość dodaną dla zespołu, że ci zawodnicy “mają papiery na granie”. Jednym z moich marzeń jest też oczywiście, aby drużyna Orkana wreszcie przeskoczyła w Ekstralidze do strefy medalowej. Tego jej serdecznie życzę.

Maciej Frankowski “Ziemia Sochaczewska”