AKTUALNOŚCI
14grudzień

50 lat minęło …

Wychowanek Orkana, choć przez większość kariery grał w AZS AWF Warszawa. Dziennikarz i komentator sportowy, promotor rugby, przez dwa lata pełnił funkcję Sekretarza Generalnego PZR. W roku jubileuszu 50-lecia rugby w Sochaczewie z prezesem RC Orkan Robertem Małolepszym rozmawia Maciej Frankowski.

Trenowałeś wcześniej inny sport?

W Szkole Podstawowej nr 2 uprawiałem lekkoatletykę. W siódmej klasie dołączyłem do szkolnej drużyny. Startowałem w czwórboju. Ze względu na wzrost i wagę – zawsze byłem większy od kolegów w klasie – moją konkurencją kierunkową było pchnięcie kulą. Ówczesną szkolną gwiazdą lekkoatletyki była moja przyszła żona Monika Rybicka. Drużyna dziewczyn z „dwójki” była jedną z najlepszych w Polsce. Jej, a później i moim, trenerem był Stefan Wydlarski, czyli pierwszy trener rugbistów w Sochaczewie. Co ciekawe, wcale nie namawiał mnie do rugby. W ósmej klasie wystartowałem w mistrzostwach województwa, które odbyły się na stadionie Orkana. Wygrałem, bijąc rekordy życiowe m.in. na 60 metrów. Do dziś pamiętam, że to było 7.2. Zaczepił mnie wte dy Janusz Fingas, który trenował młodych sochaczewskich rugbistów.

To on zaprosił cię na pierwszy trening?

Nie skorzystałem z zaproszenia, ale nie dlatego, że nie chciałem. Mama mi nie pozwoliła… Janusz chodził za mną i namawiał dalej, ale temat rozszedł się po kościach. Rok później zacząłem naukę w liceum. Moim kolegą z klasy był czynny wówczas rugbista, dziś nauczyciel wf i wiceprzewodniczący rady miasta, Arkadiusz Karaś. To on wyciągnął mnie na pierwszy trening. Przez pół roku grałem w tajemnicy przed rodzicami, a buty trzymałem u Arka na balkonie, bo mieszkał w bloku niedaleko stadionu. W końcu rodzice się dowiedzieli. Konkretnie moja mama, która była nauczycielką w „dwójce”. Pewnego dnia podszedł do niej na przerwie Stefan Wydlarski i powiedział: „twój syn gra w rugby i całkiem nieźle mu idzie”. Po tej rozmowie dostałem już oficjalną zgodę i mogłem przenieść buty z balkonu kolegi do swojego domu.

Wkrótce przejął was trener Krzysztof Ciesielski. Mówiliście do niego „Wodzu”. To prawda, że na treningach walił zawodników młyna pałą po plecach, gdy źle się wiązali?

Bez Krzysztofa Ciesielskiego nie osiągnęlibyśmy takich sukcesów z drużyną juniorów. Jeszcze wtedy nie miał ksywki „Wodzu”. Miał za to niesamowitą charyzmę i twardy charakter. Z tym waleniem pałą to przesada, ale jeśli ktoś przyjął złą pozycję w młynie, to zdarzało mu się „wypłacić karczycho”. Na boisku, jako trener, Krzysiek był bardzo wymagający. Z drugiej strony, to on wymyślił integracyjne wyjazdy całego zespołu do Koszelówki. Potrafił wprowadzić w szeregi drużyny „team spirit”.

Zapytany o najlepsze pokolenie swoich wychowanków, trener Ciesielski bez zastanowienia odpowiadał: Piła’ 88.

To nasza drużyna. Piła’ 88 to była Spartakiada Młodzieży. Taka prawdziwa, socjalistyczna. Wszystkie sporty w jednym miejscu, uroczyste rozpoczęcie na dużym stadionie, wspólna defilada. Nieźle to przeżywaliśmy. Wtedy w Pile grała drużyna U-17. Zdobyliśmy drugi w historii Orkana złoty medal (pierwsze mistrzostwo sochaczewski klub wywalczył w 1979 r. w kategorii juniorów starszych U-19 – przyp. red.). Jak na drużynę nastolatków mieliśmy bardzo ciężki młyn. Chyba tylko wówczas ja ważyłem mniej niż 100 kg. Chłopaki mieli ogromny potencjał. Wielka szkoda, że wielu z nich nie dotrwało do wieku seniora. W reprezentacji Polski juniorów zagrałem później z Mariuszem Gmurczykiem i Tomaszem Żakowskim. Ale byli też inni, którzy grali w kadrze przede mną lub po mnie -Michał Szulejewski, czy łącznik ataku tej drużyny Marcin Płowik. Później nie udało nam się powtórzyć sukcesu z Piły. W następnym roku, na spartakiadzie rozgrywanej w miejscowości Końskie, w meczu o brąz, ulegliśmy ekipie Legionovii 8:3. W 1990 roku, na turnieju w Poznaniu, już podczas mistrzostw Polski juniorów starszych – tak to się wtedy nazywało – drużyna z Łodzi, w finale, wzięła na nas rewanż za porażkę z Piły.

Wspomniałeś o grze w reprezentacji Polski juniorów.

Grałem w kadrze przez trzy sezony i byłem na dwóch turniejach mistrzostw świata. Na pierwszy z nich pojechałem w 1990 roku do włoskiego Treviso. To były bardzo dobre lata młodzieżowych reprezentacji Polski. Graliśmy w najwyższej grupie. Oczywiście o utrzymanie, ale to się nam udawało. Schemat zawsze był podobny. Pierwszy mecz z potęgą, porażka, potem mecz o to, by nie grać o utrzymanie – zwycięstwo i wreszcie mecz o miejsce 5-6, za każdym razem przegrane. Pamiętam, jak w pierwszym meczu w Treviso zmierzyliśmy się z późniejszymi mistrzami, drużyną Argentyny. Przegraliśmy setką. Rok później mistrzostwa odbyły się we Francji w Lyonie. Tam przegraliśmy czterdziestoma punktami z Włochami. Na obu turniejach wygraliśmy za to z Portugalią, która obecnie jest poza naszym zasięgiem. Wygrywaliśmy regularnie z Niemcami, Czechami, twardy bój stoczyliśmy w Treviso z Włochami. Niestety, nie miałem okazji zagrać w reprezentacji seniorów, gdzie była wówczas bardzo duża konkurencja.

Grałeś w młynie, a na jakiej pozycji?

W reprezentacji Polski grałem zawsze w drugiej linii. Natomiast w Orkanie i AZS-ie, pół na pół. W drugiej linii lub na pozycji numer 8. W Orkanie, gdy wróciłem z AZS-u na jeden sezon, o ósemkę rywalizowałem z Maćkiem Brażukiem, wówczas wschodzącą gwiazdą polskiego rugby.

Skąd wzięło się przezwisko „Bidon”?

To było jeszcze zanim zacząłem trenować rugby. Jako nastolatek byłem zapalonym harcerzem. Każde lato spędzałem na obozach. Na jednym z wyjazdów miałem ze sobą towar luksusowy jak na tamte czasy – plastikowy bidon. Jeden z kolegów podejmował próbę zdobycia sprawności harcerskiej, tak zwanych trzech piór. Polega ona na tym, że przez jedną dobę trzeba milczeć, przez kolejną nic nie jeść i następnie ukrywać się przez 24 godziny. Pożyczyłem mu ten bidon na próbę samotności, a on zgubił go w lesie. Gdy później upominałem się o jego zwrot, usłyszałem: „Oj, tam bidon, bidon. Sam jesteś jak bidon”. I tak się przyjęło…

Powróćmy do rugby. Kiedy zadebiutowałeś w ekipie seniorów Orkana?

Dobrze mi szło w juniorach, to w trzeciej klasie liceum dostałem propozycję dołączenia do pierwszej drużyny. Początkowo byłem tylko rezerwowym. Był to zresztą okres zmian pokoleniowych. Imponowało mi, że mając 18 lat mogę trenować z trzydziestoparoletnimi facetami. Moimi kolegami z boiska byli wówczas kończący swoje kariery: Zbyszek Dąbrowski, Jacek Dybiec, Mirek Foryszewski, Janusz Gil. Był to też ostatni sezon w Orkanie grającego trenera, Piotra Osieckiego, który później wyjechał do Francji. Boiskowy debiut w drużynie seniorów zaliczyłem dopiero w marcu 1990 roku, w meczu z AZS AWF Warszawa. Rok później drużyna Orkana rozpadła się, a ja poszedłem na studia.

W warszawskiej drużynie akademickiej grałeś w sumie sześć sezonów. Jak wspominasz tamte czasy?

Indeks na warszawską AWF zdobyłem bez egzaminów, dzięki tak zwanej klasie mistrzowskiej, którą miałem za grę w reprezentacji Polski. Wszedłem do ekipy, mającej z jednej strony 15 tytułów mistrza Polski, a z drugiej strony będącej wówczas w dołku. Na początku naszym trenerem był Jerzy Królicki, później przejął nas Andrzej Kopyt. Czasy studenckie, to oczywiście najpiękniejsze lata życia. To także czas szczytu mojej zawodniczej kariery. Z drużyną akademicką zdobyłem pięć brązowych medali mistrzostw Polski (w latach 1994-1998 – przyp. red.). Złotem i srebrem dzieliły się w tamtych sezonach drużyny z Pomorza – Lechia i Ogniwo, ale tak naprawdę to były trzy równe ekipy, które walczyły ze sobą niezwykle twardo. Krew lała się często.

Wróciłeś do Orkana w 1998 roku.

Sochaczewskiej drużynie udało się po kilku latach wywalczyć awans do I ligi. Propozycję powrotu dostałem od ówczesnego dyrektora MKS Orkan – Piotra Osieckiego. Przedstawiciele władz klubu czynili wtedy starania, aby ściągnąć wychowanków z innych drużyn. Po raz pierwszy w historii w Orkanie pojawili się też rugbiści zagraniczni, zawodnicy z Ukrainy. Wróciłem na jeden sezon. Naszym zadaniem było utrzymanie się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Niestety, nie udało się. Zabrakło naprawdę niewiele. Dla mnie to był dobry sezon, zdobywałem przyłożenia, byłem jednym z liderów drużyny, położyłem punkty m.in. AZS-owi, choć mecz przegraliśmy.

Niedługo później skończyłeś zawodniczą karierę

Wróciłem jeszcze na chwilę do AZS. Miałem poważny uraz kolana, który sprawiał, że po każdym meczu przez trzy dni ledwo chodziłem. Byłem już wtedy dziennikarzem sportowym i jak w sobotę rano wychodziłem z domu na obsługi różnych wydarzeń, to wracałem w niedzielę wieczorem. W weekendy, gdy były rozgrywane mecze, miałem zawsze najwięcej roboty. Musiałem wybrać: rugby, czy nowa, ciekawa praca. Do tego właśnie wtedy założyłem rodzinę. To klasyczna opowieść wielu polskich rugbistów.

Praca miała związek z rugby?

Jak większość rzeczy w moim życiu. Poszedłem na AWF ze względu na rugby i skończyłem tam specjalizację dziennikarstwa sportowego. Prowadził ją Janusz Wilk, który polecił mnie w „Życiu Warszawy”. Poszedłem do redakcji do kierownika działu sportowego Jana Zabieglika z moją pracą magisterską, za którą dostałem wyróżnienie na AWF. Chciałem pokazać, jak piszę. A on do mnie – „panie, tę pracę to schowaj pan do szuflady. Napisz jakiś tekst o sporcie”. No to o czym miałem napisać, jak nie o rugby. Mówiąc najprościej to był wielki, na całą stronę reportaż uczestniczący pod roboczym hasłem „Dzień z życia rugbisty”. Opisałem niedzielę z wyjazdem na mecz do Sopotu. Jak większość zawodników AZS AWF pracowałem na studiach jako ochroniarz w warszawskich klubach. Opisałem więc jak o 4-5 rano „schodziliśmy z bramek” i o 6.00 spotykaliśmy się na zbiórce na Dworcu Centralnym. W pociągu spaliśmy po dwóch w przedziałach. W Malborku pobudka. W Warsie kawa i dwa batony Mars. Wysiadaliśmy w Sopocie. Spacer po Monciaku. Kawa, dwa Marsy i na boisko. Tak wyglądał praktycznie każdy mój wyjazd na Pomorze. Nie zapomniałem oczywiście wspomnieć w kilku zdaniach o tradycji „trzeciej połowy”, którą to nasza drużyna bardzo mocno celebrowała. Przyjęli mój tekst i wydrukowali w gazecie. W ten sposób rozpocząłem pracę w jednym z największych polskich dzienników.

Obecnie również komentujesz telewizyjne transmisje meczów.

Eurosport kupił prawa do transmisji Pucharu Świata Rugby, który był rozgrywany w 1999 roku na Wyspach Brytyjskich. Szukali fachowców, którzy mogli to skomentować. Zaproszono do współpracy mnie i Andrzeja Kopyta. Wcześniej z „Siwym” byliśmy kolegami z AZS-u, choć dzieli nas 35 lat różnicy. Dziś mogę z dumą powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, stanowiąc parę komentatorską, która od tego 1999 roku skomentowała grubo ponad setkę, a może i dwie setki meczów rugby.

Angażowałeś się też w organizację kilkunastu meczów reprezentacji Polski.

W 2009 roku po raz pierwszy zaangażowałem się w organizację na stadionie Polonii
Warszawa meczów kadry Polski z Belgią i Czechami. To były wielkie wydarzenia, które ściągnęły na trybuny po kilka tysięcy widzów. Od 2010 roku, od pamiętnego meczu w Sochaczewie z 10 kwietnia Polska – Mołdawia, do którego nie doszło, a zamiast niego mieliśmy mszę polową za poległych w katastrofie w Smoleńsku, przez kolejne dziewięć lat mecze kadry organizowałem wspólnie z Maćkiem Brażukiem i grupą osób, której większość stanowili sochaczewianie. Dziś część tego zespołu zarządza Orkanem. To były wspaniałe lata – mecze na największych polskich stadionach – Arenie Lublin, Widzewie, ŁKS, Polonii. Dziesiątki konferencji prasowych, transmisji, działań medialnych.

W latach 2015-2017 byłeś Sekretarzem Generalnym Polskiego Związku Rugby. Co udało Ci się osiągnąć na tym stanowisku?

Przede wszystkim zatrudniliśmy Blikkiesa Groenewalda, dzięki któremu zmieniliśmy cały system szkolenia młodzieży. Wytyczne trenera z RPA pomagał wdrażać, też sochaczewianin, Maciej Misiak będący wówczas kierownikiem wyszkolenia PZR. Rocznie przez szkolenia dla trenerów przewijało się 150 osób. Rozwinęliśmy bardzo mocno program Rugby Tag, który wtedy otrzymał finansowanie na poziomie miliona złotych rocznie. Budżet związku zwiększyliśmy z niespełna trzech do ponad sześciu milionów złotych. Gigantycznym wyzwaniem było organizowanie w Polsce mistrzostw Europy w rugby 7. Mam również wielką satysfakcję, że to za mojej kadencji i z mojej inicjatywy trenerem kadry kobiet został Janusz Urbanowicz, który dziś ze swoją drużyną jest wicemistrzem Europy. Dość prozaicznym, ale też osiągnieciem, było doprowadzenie do przeniesienia siedziby związku. Nie ukrywam, że będąc sekretarzem poniosłem też porażkę. Nie udało mi się mianowicie zjednoczyć całego środowiska. Zawsze były jakieś wewnętrzne wojenki. Dlatego po dwóch latach zrezygnowałem z tej funkcji.

Nabyte doświadczenie wykorzystujesz teraz w Sochaczewie. Przez kilka lat wice-, a obecnie prezes RC Orkan Sochaczew. Przed jakimi wyzwaniami stajesz?

Bycie prezesem to jedna z najtrudniejszych funkcji w każdym stowarzyszeniu. Zawsze, gdy „coś się pali”, gdy trzeba załatwić jakieś pieniądze, to wszyscy dzwonią do prezesa (śmiech). A tak poważnie, to wielka odpowiedzialność za ponad 200 zawodników. Czuję to brzemię. Każdą wolną chwilę staram się poświęcać dla klubu, na czym cierpi moja rodzina. Dlatego korzystając z okazji dziękuję za to, że moja żona i dzieci znoszą tę moją pasję. Z drugiej strony prezes to tylko funkcja. W rzeczywistości nasz klub tworzy spora rzesza ludzi i każdy za coś odpowiada. Mamy m.in. świetną grupę organizacyjną meczów i turniejów, mamy grono rewelacyjnych trenerów zajmujących się szkoleniem młodzieży, czy człowieka instytucję – trenera, menadżera – Macieja Brażuka. Ale pracy jest nadal dużo, więc jeśli ktoś chce się zaangażować, pomóc, zapraszamy.

W ostatnich dwóch, trzech latach nie sposób nie zauważyć ogromnego rozwoju klubu.

Powiem krótko: bronią nas wyniki. Przypomnę, że w poprzednim sezonie Orkan zdobył medale mistrzostw Polski we wszystkich kategoriach wiekowych, w rugby piętnasto- i siedmioosobowym, w tym ten najcenniejszy, trzeci w historii, brązowy w ekstralidze. Naszym największym sukcesem jest to, że udało się zatrzymać odpływ młodych, uzdolnionych zawodników z Sochaczewa. Mamy za to wiele powrotów wychowanków. Cieszę się, że wierzą w tę drużynę, chcą w niej grać i osiągać z nią sukcesy.

Duże znaczenie ma tutaj wsparcie sponsorów.

W ciągu ostatnich trzech lat udało się zwiększyć roczny budżet RC Orkan Sochaczew o blisko 200 procent. To bardzo duży postęp, choć daleko nam jeszcze do niektórych rywali, którzy dysponują w roku kwotami przekraczającymi milion złotych. Dzisiejsza kondycja finansowa klubu i jego wyniki sportowe nie byłyby możliwe bez wsparcia, nazwijmy to, dwóch instytucji: samorządu miejskiego kierowanego przez naszego byłego zawodnika, burmistrza Piotra Osieckiego oraz wiceministra Aktywów Państwowych Macieja Małeckiego, dzięki któremu udało się pozyskać tak potężnych partnerów jak Orlen i ostatnio KGHM.

Dzięki temu wsparciu klub może sobie pozwolić na ściągnięcie zawodników z zagranicy. Jak w praktyce przeprowadzacie takie transfery?

Pozyskiwaniem zawodników zajmuje się Maciej Brażuk, to on ich wyszukuje, wertuje różne ligi, współpracuje z menadżerami. Każdy z zagranicznych zawodników ma agenta. Nasz klub przedstawia preferencje, wskazujemy pozycje, na które szukamy graczy. Następnie po wysłaniu do agentów tego swoistego zapytania ofertowego, otrzymujemy liczne propozycje. I tu zaczyna się najtrudniejszy element całego procesu – weryfikacja zgłoszeń zainteresowanych graczy oraz podjęcie decyzji o wyborze i zaangażowaniu do drużyny.

Może to nie do końca pytanie do prezesa, ale co twoim zdaniem sprawia, że obcokrajowcy chcą grać w polskiej lidze, tak jak rugbiści z Namibii i RPA reprezentujący barwy Orkana?

W RPA i Namibii rugby jest jak religia. Od najmłodszych lat za jajowatą piłką biegają niemal wszyscy, jest niesamowita konkurencja. Nawet jeśli grają zawodowo, ale nie w najwyższej klasie rozgrywkowej, to otrzymają za to porównywalne pieniądze co w Polsce, czy nawet mniejsze. Dlatego w pełni rozumiem chłopaków. Przyjeżdżają do Polski, bo mają marzenia, chcieliby przeżyć przygodę na drugim końcu świata. Nawet jeśli ich ambicje sięgają dalej niż ekstraliga, to mają też świadomość, że z Polski jest znacznie bliżej do Anglii czy Francji.

Za nami uroczysta gala podsumowująca jubileusz 50-lecia sochaczewskiego rugby. Jakie marzenia i cele na kolejne lata ma prezes RCO?

Pięćdziesiąt lat to nie w kij dmuchał… Mimo to uważam, że to właśnie teraz jesteśmy w przełomowym momencie historii sochaczewskiego rugby. Jak już wspomniałem, mamy potężnych, hojnych sponsorów – miasto Sochaczew i spółki Orlen i KGHM. Wierzę, że pozostaną z nami na dłużej, ale mamy też świadomość, że wsparcie od nich nie będzie wieczne. Dlatego staramy się tworzyć strukturę jak w klubach na zachodzie Europy. Ważni są nie tylko ci wielcy, ale również mniejsi, lokalni. Śmiem twierdzić, że najważniejsi.

Kilku ich macie…

I za to wielkie dzięki. Każda złotówka pozyskana od sochaczewskiej firmy cieszy mnie podwójnie. Naszym celem jest zbudowanie grupy 100-200 drobnych sponsorów. Marzy mi się, aby każda lokalna firma wkładała cegiełkę w rozwój sochaczewskiego rugby. To nie musi być od razu wielka kwota. Można zacząć od 200-300 złotych na miesiąc. Współpraca z nami to dla sochaczewskich firm doskonała promocja, bo mamy niemal wszystko: miasto zakochane w tym sporcie, piękny stadion, świetne szkolenie młodzieży, przychylność władz samorządowych i rządowych. Jeśli tylko uda nam się utrzymać aktualny poziom sportowy, jeśli w kolejnych sezonach będziemy zdobywać medale w ekstralidze, to zbudujemy wokół klubu prawdziwą rodzinę rugby, która przetrwa lata, a drużyna Orkana Sochaczew już na stałe wejdzie do krajowej czołówki.

Robert Małolepszy grał w barwach Orkana w latach 1990/91 oraz 1998/99. Rozegrał 27 meczów w najwyższej klasie rozgrywkowej, zdobył dwa przyłożenia.
Od ponad 20 lat Robert Małolepszy, wspólnie z Andrzejem Kopytem, stanowią w Polsce najbardziej rozpoznawalną parę komentatorską transmisji telewizyjnych z meczów rugby.

Sponsorem strategicznym RC Orkan jest Miasto Sochaczew

Sponsorem generalnym jest PKN ORLEN, Gardenia Sport oraz KGHM Polska Miedź

Sponsorzy główni: Fundacja PGNiGFast Service, Żywiec Zdrój, PEC Sochaczew, ZWiK Sochaczew

Sponsorzy: Carrefour, Drukarnia Chrzczany, BVG, Cukiernia Lukrecja, Dudmaister, Hurtownia Rekin

Głównym partnerem medialnym RC Orkan są Radio Sochaczew oraz tusochaczew.pl